RSS
 

Suma wszystkich moich „Ja”

15 sty

Ciało leżące na stole operacyjnym po otworzeniu śmierdzi. To mimo wszystko mało znany fakt (ale też czemu miałoby pachnieć fiołkami?), ale powinien tłumaczyć dlaczego sporo osób będących świadkami otwierania czyjejś powłoki (nie martwej – podkreślam), mdleją. Sam widok w połączeniu z zapachem może przecież przyprawić o konkretny zawrót głowy. Samo pisanie bloga, mierzenie się z własnymi wnętrznościami – również może to sprawić.

Kiedy zaczynałem kilka lat temu pisać tego bloga, chciałem się zmierzyć z samym sobą. Ba, zacząłem od bólu, który sprawiłem sam, który sprawiono mi. Mierzenie się z własną przeszłością, przemyśleniami, nigdy nie jest łatwą sprawą. To podróżowanie po historiach, które wydawało się, że powinny być zamknięte na milion spustów, a mimo to znów są otwierane. Smród tego wszystkiego okazuje się, może się za człowiekiem ciągnąć nawet latami. Ale mówiąc wprost – blog miał posłużyć (i pewnie służy) do zmierzenia się ze wszystkimi błędami, jakie popełniłem, bądź jeszcze popełnię. To „pamiątka” rzeczy, za które po dziś dzień się wstydzę, ale też przypomnienie tego, jak to mogło, bądź powinno na mnie wpłynąć, by już więcej podobnych rzeczy nie popełniać.

Podkreślałem to wielokrotnie i pewnie z uporem grabarza kopiącego kolejny grób będę powtarzał – nie rozpiera mnie duma z powodu tego, co robiłem kiedyś. Obok rzeczy miłych,  fajnych czy też śmiesznych zdarzały się własnie takie, które potrafiły rozbić czyjąś duszę na kawałki by potem poskładać ją w sposób iście karykaturalny. Czasem ludzie na chwilę stawali się abstrakcją samych siebie, którą ktoś z czasem musiał przemalować na nowo. Ja byłem abstrakcją, choć w tym przypadku zastanawiam się często, czy w ogóle udało się cokolwiek pozyskać z dawnego „ja”, czy może jestem składową przebłysków przeszłości, teraźniejszości i tego, co nastąpi za minutę, dwie.

Nie walczę z czasem, ani tym co mnie od czasu do czasu dogania, próbując przegryźć tętnice. Wiem, że czasem mam się po prostu rozpłynąć, stać się marą na jawie, którą łatwo rozwiać lekkim podmuchem ust. To miejsce w przestrzeni internetowej trudno unicestwić, jest bardziej stałe niż moje ciało, które po ciągłym otwieraniu i zamykaniu pozostawia bardzo nieprzyjemny zapach. I to, te słowa, czasem też potrafią to zrobić – wywołać odruchy wymiotne, przywołać przeszłość i spowodować ostatecznie,  że jestem tylko nieprzyjemnym tchnieniem czyjegoś „ja”.

Zdaję sobie sprawę, że część osób znających mnie dziś, wczoraj, kiedyś, może mnie znienawidzieć. Część – kto wie – może właśnie teraz to robi, a inna dopiero szykuje się do skoku. I pewnie sobie na to zasłużyłem. I pewnie zasłużę nie raz. Oby jednak działo się to jak najrzadziej. Jak moje „ja”.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Przemyślenia

 

Jestem mężczyzną, który zasypia na końcu filmu

14 sty

Sen to zabójca. Cicho i metodycznie skradający się do ciała, układający scenariusze, o których nawet nie chcemy słyszeć. On nie pobudza do życia – on próbuje zamknąć nas w swojej dłoni i wycisnąć wszystkie lęki, tęsknoty i zmartwienia. I tak w kółko, aż nie staniemy oko w oko z mrokiem, nocą, samym sobą.

Tytuł wpisu nie jest przypadkowy. Sen też nie jest przypadkowy. On mimo wszystko próbuje służyć w ten swój specyficzny i niezrozumiały dla nikogo sposób. Wczoraj zasnąłem. Jak dziecko. Puściłem listę Trójki, posłuchałem głosu Marka Niedźwieckiego i wstałem kilka godzin później. W absolutnej ciszy. Wszystkie szepty zostały wchłonięte w jednym miejscu, skumulowały się. Przypomniały mi właśnie mój sen, kiedy przesypiam najważniejsze momenty swojego życia.

Anatomia snu to chyba najtrudniejsza dziedzina, z jaką przychodzi nam się codziennie mierzyć. W głównej części składa się on z naszych paznokci, włosów na dłoniach, tętnic i klatki piersiowej, która przy wielu projekcjach potrafi się bardzo głęboko zapaść w sobie. To często mały demon, który siada na nas tuż po tym, jak zaśniemy, i nie pozwala spokojnie oddychać. Dusimy się więc swoimi wspomnieniami ubarwianymi kompletnie abstrakcyjnymi powidokami. W tym wszystkim czasem naprawdę trudno uwierzyć w to, że nie śnimy za dnia, tylko żyjemy właśnie w nocy. Bo dostajemy fantastyczne światy do odwiedzenia, które na końcu i tak przynoszą nam mnóstwo bólu zwłaszcza, gdy zostajemy brutalnie wyrwani dźwiękiem budzika albo niemą prośbą o to, aby dać znać, że jeszcze żyjemy.

Jestem mężczyzną, który zasypia na końcu filmu – napisałem. Ale to nie jest całkowita prawda. Zasypiam również na końcu czyjejś dłoni, włosów czy zapachu. Nie uwieszam się, ale jestem szczęśliwy, jeśli ktoś pozwala mi tkwić w swoich słowach i po prostu być. Na godzinę, moment, sekundę, sen.

 
 

Dziennikarskie spustoszenie

09 sty

Dziennikarz to słowa, znaczenia. Pusta logika zdań i bezpłciowa relacja codzienności. Brak emocji, wyczucia smaku, a do tego tendencyjność nabierana w każdym tekście, jak koza z nosa – takie dziennikarstwo jeszcze dziesięć, ba – osiem lat temu – było nie do pomyślenia. A dziś to norma. Norma, której nie dałem rady znieść, a która kompletnie mnie uwsteczniła – przede wszystkim literacko. Bo przecież słowa mają znaczenie, a przynajmniej powinny.

Nie boję się powiedzieć, że dziś przecinki nie mają znaczenia, a wszelkie kropki stawiane są po to, by za chwilę rzucić się w kolejną sensację robiąc to bez ładu i składu. Jestem/byłem dziennikarzem albo będę – to dziś jest bez znaczenia, ponieważ dziś dziennikarz to zwyczajny najemnik. Owszem, „X” lat temu również był, ale najczęściej podnajmowała go społeczność tylko po to, by słowem pisanym mógł pomóc. Bo przecież słowo pisane ma ogromną moc. Gówno prawda.

Dziś wszystkie słowa zdewaluowały się, znaczą tyle ile kliknięcie w nagłówek. Słowa są, znikają, nie ma ich, nie ma historii. Zapominamy o tym, co czytaliśmy dwie minuty wcześniej, kolejne dwie minuty później zapominamy dalej. Słowa już nie wciągają tak jak kiedyś – nie sprawiają, że czytelnik żyje dłużej niż kilka sekund daną informacją. Bo to już naprawdę zlepek słów, bełkotu palców na klawiaturze komputera.

Kiedy zaczynałem podróż w świat dziennikarstwa wiedziałem na starcie jedno – jeśli chcesz być dobry w tym co robisz, rozwijaj swój niedorozwinięty umysł, bądź otwarty na więcej bodźców niż te, dawane przez oczy, nos, uszy i palce. Nie zakopuj się w prostych słowach tylko szukaj nowych tak, aby opowiadaną przez siebie historię przekazać jak najlepiej, najciekawiej. Porusz czytelnikami, zmuś ich do refleksji, myślenia i czucia nie tylko gazety pod palcami. Otworzyłeś swój umysł to pomóż innym też go otworzyć, nawet jeśli będzie Ci do tego potrzebny otwieracz do konserw. Rżnij ich umysły słowem jakbyś patroszył rybę, a potem dopraw ją bohaterami, początkiem i końcem.

Tak też i ja startowałem. Pamiętam, że na początku sporo ludzi odpadało, bo nie potrafiło opowiadać. Nie używało słów albo używało ich źle. Konstrukcyjnie ich zdania były potworkami, których nie pozwalali nawet wygładzać, bo to ich – autorskie, własne (nie rozumieli, że przelana na papier historia staje się w pewnym sensie dobrem publicznym, choć nadal ich własnym, ale publicznym). Wiekowi redaktorzy (którzy byli pokryci kurzem i pajęczyną doświadczenia), niszczyli ich wątłe umysły, a resztki wrzucali do niszczarki. To była w pewnym sensie walka. Młodzi chcieli pokazać na starcie, że byli lepsi, a starzy udowadniali, że długo jeszcze tacy nie będą. Jak w wojsku – zostawali najwytrwalsi i najtwardsi. Nie można było być mięczakiem, bo takich od razu wysysano ze skorupki.

Z czasem to się jednak zmieniło. Głównie przez nowe kanały. Internet dał ogromne możliwości i ogromnie zapomnienie. Wszystko co tam wpada owszem, zostaje, ale tak naprawdę w świadomości trwa chwilę. Zaczął się wyścig – kto pierwszy ten wygrywa dwa kliknięcia więcej, które ostatecznie i tak nie przekładają się na nic. Teksty stały się płaskie a zasób słów ograniczył się do minimum potrzebnego do sklecenia kilku zdań, bo resztę i tak się przekopiuje. Osoby dysponujące ogromnym zasobem słów, pojęć, stwierdzeń, nagle zaczęli pisać jakby byli zamroczeni alkoholem. Bez ładu, bez składu byle szybciej, byle więcej. Teksty zostały obdarte z duszy, nie przelewało się litrów potu tylko wyrabiało odciski na koniuszkach palców. Maszynki do produkcji mięsa złożonego z myślników, przecinków i kropek przerywanych światłymi cytatami. Dziennikarze sami przestali przywiązywać uwagę do tego, co piszą i jak – ich umysły przestawiły się na masową produkcję jak w przemyśle filmowym – jakoś to opakujemy, powiemy że dziecko umierało w męczarniach i to się sprzeda. I o dziwo sprzedaje się. Przez pierwsze pięć minut, bo za chwilę i tak jest kolejny dramat, tragedia albo Petru na wakacjach.

Spłyciło się wszystko – od tematów, poprzez treść i odbiorców. Ci, którzy cenią sobie nadal prasę czytają ją najczęściej tylko po to, by jeszcze wiedzieć coś o otaczającym ich świecie, ale ostatecznie i tak nie przywiązują do opisywanych historii większej wagi. Bo tej wagi już nie ma, tak jak coraz częściej nie ma kto tej wagi regulować, by różnica, nawet niewielka, miała znaczenie.

Pamiętam kiedyś, jak zaczynałem (a nie było to przecież tak dawno), nie każdy mógł zostać dziennikarzem, a tym bardziej szczycić się mianem redaktora. Dziś, nie da się tego ukryć, każdy jest. Nie musi umieć pisać, czytać, mieć choć podstawowej wiedzy o otaczającym go świecie. Ma mieć czas, komórkę, laptopa i zasuwać 24 godziny na dobę za psie pieniądze. Wpaść w trybik informacyjny, który ostatecznie już nie ma większego znaczenia dla nikogo. Bo to po prostu informacja, często marna i spłycona. Wyścig szczurów, gdzie media prześcigają się informacjami o tym, czy ciało potrącone przez kierowcę parowało ciepłem jeszcze przez godzinę, czy trochę krócej.

Dziennikarze przestali tak naprawdę pisać. Przestawili się na produkcję przez co wszystkie strony stały się uboższe o słowa, które i mi obecnie często coraz trudniej znaleźć. Ale będę próbować, bo czasem jeszcze jest warto.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Przemyślenia

 

Ja, Bon Jovi i szczoteczka do zębów

26 cze

Tak. To był szalony tydzień. Ubiegły of course. Podróżniczo-koncertowy, gdzie królowało zmęczenie, długie godziny w podróży, duża ilość muzyki i szczoteczka i pasta do zębów. Zwłaszcza ten ostatni zestaw sprawił, że moja podróż marzeń była wręcz wyjątkowa.

Bo wszystko zaczęło się de facto od eM. Od nieprzespanych nocy, cudownych poranków i snów, jakich nie mógł mieć nikt inny, jak tylko my. Tak, eM sięgnęła moich powiek, brwi (które diabelnie przycięła nożyczkami) i palców. Wtopiła się w moją skórę, zlepiła z włosami, była. Towarzyszyła mi przez całą podróż do Gdańska i z powrotem. Towarzyszyła mi do Parku Śląskiego (gdzie przecież miałem rzut kamieniem) i z powrotem. Co prawda Bon Jovi nie słuchała ze mną, ale Edytę Bartosiewicz już tak. No i szczoteczka do zębów ze mną była. Jakby talizman przekazany przez nią na podróż, która tak naprawdę dopiero się rozpoczęła.

Katowice, dworzec PKP. Tu się nigdy nie da uniknąć jakiś przebojów z pociągami. Mimo że ten obecnie nowoczesny dworzec funkcjonuje niby sprawnie od kilku miesięcy, to nadal człowiek czuje się jak zagubiony we mgle. Na nic ci rozkłady jazdy, perony z których jadą pociągi. Bo i tak zawsze jest gdzieś coś nie tak. I to nie żadna karma, przekleństwo, tylko po prostu, PKP. I eM, która zaskakująco czekała jeszcze na PKP. – Zapomniałeś czegoś przecież – powiedziała wręczając mi pastę i szczoteczkę do zębów, których nie spakowałem przed wyjściem z domu. Dodałem tylko wiele ust do jej ust. Bo i cóż miałem zrobić innego?

Pociąg to był sen przerywany otwieraniem i zamykaniem drzwi przedziału. W Łodzi wszystkie wagony zostały zaatakowane chmarą ludzi jadących również na koncert Bon Jovi. I przez moment czułem się jak w jakimś Pakistanie, brakowało tylko ludzi na dachu…

I jechał ze mną znajomy. Marcin. Przez pierwsze godziny dobry towarzysz do pogadania, w połowie podróży już mniej, a w samym Gdańsku momentami miałem ochotę go zabić. No cóż, morderstwo poza wszelkimi podejrzeniami w miejscu, gdzie nikt mnie nie zna z widzenia ani zapachu. I anegdotka, gdy po koncercie wchodzimy na Gdański dworzec, a tam ludzie walają się wszędzie. Zwłoki śpiące w oczekiwaniu na swoje odjazdy. – To wszystko to chyba są turyści? – zapytał bardzo przytomnie Marcin. – Nie, to mieszkańcy tego dworca – równie przytomnie odpowiedziałem po całonocnej tułaczce po starych uliczkach centrum Gdańska.

Ale wróćmy do nierzeczywistości. PGE Arena przywitała nas tłumami. Ponad 30 tysięcy ludzi w jednym miejscu. Ja – jak pan mrówka – między nimi. Trzymając cenny bilet w ręce przedarłem się w końcu na stadion. Jeszcze suport Iry (z szacunku do dokonań tego zespołu z lat dawnych przemilczę ich koncert) i zaczęło się. Punktualnie o godz. 8 Jon Bon Jovi i reszta zespołu (no, poza Riche Samborą, który darował sobie europejską trasę koncertową) rozpoczął się koncert, na który czekałem 15 lat i przez kolejne 15 lat będę nim żył. Bo bolał mnie cholernie kark (ilość podróży współmierna do wypitego piwa) i głowa (piwo współmierne do przebytych kilometrów).  O dziwo to nie przeszkadzało aż tak w przeżywaniu koncertu, który potrwał 2,5 godziny. Dodam, że ten czas zleciał szybciej, niż cokolwiek w moim życiu. Ledwo rozpoczęły się pierwsze takty koncertu, a już był finał z nieśmiertelnym „Always” na czele. Finał, który de facto odebrał mi głos, siły do śpiewania (a raczej darcia ryja jakby ze mnie skórę zdzierali) i energię do życia. 15 lat i tylko, albo aż 2,5 godziny mogłem się cieszyć zespołem, od którego rozpoczęła się moja muzyczna przygoda z rockiem, poezją i kobietami.

These days – ta piosenka teraz sączy się z moich głośników. Ta piosenka sprawia, że czuję się tak, jakbym był nadal w podróży na koncert, był na koncercie i z niego wracał, mając przez cały czas w plecaku pastę i szczoteczkę do zębów podarowane przez eM. Słodką eM, z której ustami spotykam się niemal codziennie i codziennie zaglądam w jej duszę przez piękne oczy. Tak było tydzień temu, w weekend, i tak jest dziś. Z tą różnicą, że szczoteczka do zębów uwiła sobie gniazdko obok jej szczoteczki. A ja… In These Arms. Amen.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Wspomnienia